Skrzyczne, Barania Góra, Kubalonka – miłe złego początki… miły wszystkiego koniec.

with Brak komentarzy

Ciepła jajecznica, pyszna herbata z cytryną i słoneczna pogoda dopełniły mnie radością po pięknym wschodzie słońca na Klimczoku. Widoki z zielonego szlaku rozciągały się tak, że trudno było je ogarnąć wzrokiem. Droga w dół była łatwa i przyjemna, i choć atrakcji nie było za wiele, poza jednym niewykończonym drewnianym domem, z którego widok na Skrzyczne zapierał dech w piersiach, to Baraniej Góry szło się bardzo fajnie. Nie przypuszczałem, że droga wydłuży się i pierwszego dnia zrobię to, co w części planowałem na kolejny.

Na Skrzycznem czuć przestrzeń. Przestrzeń, w której lubią wyszaleć się też paralotniarze.
Na Skrzycznem czuć przestrzeń. Przestrzeń, w której lubią wyszaleć się też paralotniarze.

Turystów było sporo, szczególnie na Skrzycznem. Część z nich cieszyła się późnym obiadem, inni słuchali skrzypka grającego lokalną muzykę, jeszcze inni zaciekawili się latającymi w pobliżu paralotniarzami. Wszyscy znaleźli coś dla siebie. Ja też. Uciekłem po chwili z tego miejsca, żeby znaleźć więcej ciszy i spokoju, które najbardziej pociągają mnie w górach.

Mrówki głodne jak ja…

Szlak za Skrzycznem biegł szczytami i granią. Po lewej rozciągały się góry wpadające w brązowe i złote odcienie a po prawej było bardziej zielono. Od Malinowskiej Skały ucichło całkiem. Czekałem na to, by rozbić się na chwilę i zjeść coś ciepłego. Byłem głodny na tyle, że chciałem wreszcie odgrzać ryż z kurczakiem, który targałem w plecaku cały dzień. Myślałem, że na Zielonym Kopcu będzie idealnie, ale z błędu wyprowadziły mnie bardzo szybko setki klejących się do mnie latających mrówek. Nie mogłem się od nich opędzić.

Nie dały mi zjeść do końca. Nie zdążyłem zrobić herbaty. Nie miałem nawet jak, bo większość czasu zabrało mi przeganianie natrętnych owadów. Z początku delikatne. Potem intensywne. Na końcu ozdobione furią, przekleństwami i wymachiwaniem wszystkim, co miałem pod ręką.

Ruszyłem w kierunku Baraniej. Wtedy zaczęła się przedłużona przygoda.

Okolice Baraniej Góry powiewają pustką i wymarłymi drzewami. W większośći to okolice rezerwatu, gdzie przyroda pozostawiona sama sobie, żyje swoim życiem.
Okolice Baraniej Góry powiewają pustką i wymarłymi drzewami. W większośći to okolice rezerwatu, gdzie przyroda pozostawiona sama sobie, żyje swoim życiem.

Nie mogłem znaleźć miejsca na nocleg. Przed Baranią Górą było za dużo turystów. Przy Baraniej rezerwat. Za Baranią ogólny brak fajnego miejsca, a wszędzie – dosłownie wszędzie całym szlaku – mnóstwo kamieni, wysokie trawy, wąskie ścieżki, i ogólnie wszystko co przeszkadza w rozbiciu namiotu ze szpilkami aluminiowymi i delikatną podłogą.

Przeciągałem licząc, że znajdę

Za rezerwatem było schronisko na Przysłopie. Nie chciałem się tam rozbić, bo musiałbym w miejscu, które wyglądało jak paskudne wspomnienia z czasów Gierka. Spodobały mi się natomiast szczyty po przeciwnej stronie. Były niskie, ale ozdobione fajną polaną. Tak mi się przynajmniej wydawało, bo kiedy dotarłem na miejsce, okazało się, że polana jest rzeczywiście piękna i z widokiem na Tatry, ale nierówna jakby front wojny przebiegał właśnie tędy. Grzęzłem w błocie, potykałem się o gałęzie. Kiedy pojawił się dziwny smród, którego nie potrafiłęm rozpoznać, zrozumiałem, że to nie będzie najlepsze miejsce do spania na dzisiejszą noc. Czułem, że do zmroku została mi godzina. Czułem jak frustracja narastała we mnie powoli. Wcześniejszej nocy spałem jedynie cztery godziny, dzisiaj chciałem odpocząć naprawdę dobrze, tym bardziej, że plecak dawał mi się we znaki, tak samo jak dłuższy szlak, którym szedłem od samego rana. Popatrzyłem na Tatry, pogodziłęm się z tym, że ich o poranku nie zobaczę. Wróciłem po swoich śladach, żeby nie utkąć gdzieś w dziurze z błotem. Wróciłem do strumienia, żeby ochlapać się wodą. Zimna bryza poprawiłą mi trochę humor, kiedy słońce zniknęło za horyzontem.

Ani żywej duszy, oprócz ślicznej dziewczyny…

Była już szarówka na dworze, kiedy rozłożyłem mapę i stwierdziłem, że idę do Stecówki. Od tej chwili nie spotkałem na szlaku żywego ducha, poza nią, która mijała mnie na rowerze. O tej godzinie… musiała kończyć trasę, albo przesadziła jak ja i próbowała się dostać gdzieś przed zmrokiem.
Uśmiechnęła się, kiedy zszedłem jej z drogi. Miałem nadzieję, że kieruje się do tego samego schroniska. Tak jak miałem nadzieję, że uda mi się ją spotkać i porozmawiać. Wydawała się bardzo sympatyczna i zafascynowana swoją pasją. Takie osoby lubię, przy nich czuję się normalnie i w swoim świecie. W świecie ludzi z pasją wszyscy mamy jakiś magiczny wspólny język. Nie ważne co robimy, jeżeli to jest pasja, czujemy, że możemy porozumiewać się bez słów.

Nadzieję jednak rozwiała asfaltowa droga, kilka skrzyżowań, wioska jak z filmu o opuszczonych i zapomnianych miasteczkach, które wcześniej nawiedziły zombie. Sama Stecówka też nie porywała urokiem, raczej wyglądała na nieczynną. Piękna polana, która zachęcała z daleka do rozbicia namiotu, z bliska uprzejmie przeganiała tablicą: „Prosimy nie wchodzić, pole uprawne”.

Usiadłem na ławce.

Figle wyobraźni

Intuicja wysyłała mi sygnały, których nie potrafiłem zrozumieć. Kazała mi zrezygnować, ale nie wiedziałem czy z noclegu tutaj, czy dalszej drogi szlakiem. Było już prawie ciemno.

Podniosłem tyłek czując jak plecak wżyna się w ramiona, nogi mówią, że dość, a głowa, że zgłupiałem. Bez latarki las nie chciał mnie przepuścić bezpiecznie. Było na tyle ciemno, że nie było widać wyraźnie drogi pod nogami. Wyraźnie było widać natomiast wszystkie zwierzęta w mojej wyobraźni, które na mnie czyhają i wszelkie strachy, które świeciły oczami dużo lepiej, niż moja latarka.

Las stał się gęsty, szlak bardzo wąski, paprocie otaczały mnie z obu stron i zmuszały do wędrowania ścieżką, którą wytyczyły przede mną. Do zwierząt, które pojawiły się w mojej wyobraźni dołączyły dziki, które spotykam na tej ciasnej ścieżce i które rozdrażnione tym, że stoję im na drodze do wodopoju postanawiają mnie stratować.
Co jak co, wyobraźnię zawsze miałem bujną, tylko nie zawsze potrafiłem ją utrzymać w ryzach. Zrobiło się zimno i koszulka z krótkim rękawem przestała mi wystarczać. Założyłem cienki polar, napiłem się trochę wody. Wpadłem w lekką złość. Nie taką, która przeszkadza w dalszej wędrówce, ale taką, która zaczyna irytować.

Poprzedniej nocy księżyc był magiczny, tej nocy był upierdliwy. Wzszedł późno i chował się nad drzewami.
Poprzedniej nocy księżyc był magiczny, tej nocy był upierdliwy. Wzszedł późno i chował się nad drzewami.

Miałem ochotę iść coraz szybciej. Nie pomagało mi to, że księżyc wyszedł wysoko na niebo, bo paprocie skończyły się, ale za to drzewa strzeliły mocno w górę i pokryły ciemnością wszystko, co mnie otaczało. Miałem wrażenie, że idę w czarnym tunelu a świat jest tylko tam, gdzie poświecę latarką. Kiedy ją przesunę w inne miejsce znika i pojawia się dokładnie tam, gdzie pada snop światła. Jestem w czarnej… dziurze.

Patrzę czasem na mapę. Wydaje mi się, że Dorkowa Skała jest blisko, ale jestem w błędzie. Ciągle majaczy gdzieś w oddali. Nie widzę jej nawet. Mam nadzieję, że wychodzę już z lasu a ona pozostała za mną. Chcę, żeby tak było. Moja złość rośnie. Ciemność gęstnieje. Błoto pod nogami pojawia się na każdym kroku a powinien być asfalt. I wtedy…

Wpadam na wielką czarną bryłę, której końca nie widzę. Zaskoczyła mnie Dorkowa Skała. Nie mogłem uwierzyć, że dopiero teraz pojawiła się przede mną. Przed nią i za nią wiły się delikatne wzniesienia, zakręty na szlaku, wąskie przesmyki. Jak w starych podziemnych tunelach. Jestem jeszcze bardziej zły, ale oglądam ją dookoła i zastanawiam się nad noclegiem pod ścianą. Chcę się wreszcie przespać… choć trochę. Poczuć się spokojnie i swobodnie, nie spięty ciemnością i przerażającą pustką, która mnie otacza.

Intuicja często mi podpowiada, ale nie zawsze jest tak rozgarnięta jak ten napis na kamieniu w jednym z trudniejszych miejsc w drodze na Skrzyczne.
Intuicja często mi podpowiada, ale nie zawsze jest tak rozgarnięta jak ten napis na kamieniu w drodze na Skrzyczne.

– Nie – mówi do mnie głos w głowie. – Idź dalej – dodaje. Głos nie kieruje się zdrowym rozsądkiem. Kieruje się zwykłym lękiem przed spaniem w tej zasmarkanej dziurze.

Idę dalej.

Schodzę w dół, czuję, że do drogi już blisko. Powietrze staje się rzadsze, ciemność ustępuje lekko żółtawej poświacie księżyca.

Głosy w oddali

Słyszę głosy. Gdzieś w oddali, w dole majaczą dwie czołówki, które wyglądają jak splątane świetliki, które gorączkowo latają wkoło siebie.

Nie waham się, podchodzę w ich kierunku, bo moje bezgraniczne zaufanie i idealistyczne podejście do ludzi na szlaku nakazuje oczekiwać tam jedynie bratnich dusz.

Z bliska widzę, że są pijani, albo przynajmniej mocno podchmieleni. Chyba czegoś szukali, bo zachowywali się dziwnie i bardzo się speszyli tym, że na nich wpadłem. Wyglądali na turystów, mieli światło, plecaki, karimaty. Nie wiedziałem, co ich tak rozdrażniło w tym, że nagle pojawiłem się znikąd. Nie miałem ochoty rozmawiać, oni natomiast zrobili się dziwnie mili i pomocni, jakby chcieli się mnie stąd jak najszybciej pozbyć. Skorzystałem z ich przesadnej uprzejmości, zwłaszcza że o Kubalonce mówili w miarę trzeźwo.

– Jak dojdziesz do asfaltu, to dalej prosto i w dół.

– Dzięki. Daleko jeszcze?

– Jakieś piętnaście minuto do przełęczy.

– Fajnie. Powodzenia – odpowiedziałem z wdzięcznością. Szczerą, nie udawaną.

Wyszedłem na drogę asfaltową i poczułem ulgę.

– Jeszcze bardziej w dół – usłyszałem za pelcami. – Asfaltem – dodał po chwili.

– Dzięki! – odpowiedziałem i rozejrzałem się za miejscem na naimot, jednak nieznajomi za plecami zburzyli nastrój tego miejsca.

Światełko nadziei

Szedłem w stronę Kubalonki, powłuczyłem nogami po asfalcie, kiedy przede mną pojawiło się w oddali małe światełko na drodze. Ktoś nowy. Zaświeciłem na chwilę swoją latarkę, żeby pokazać, że idę z tej strony, potem zgasiłem. To ich chyba wprawiło w lekki niepokój, bo na drodze było zupełnie ciemno. Nie było widać nic na kilka metrów, ale asfaltowa droga przebłyskiwała odrobinę światłem księżyca i można było iść z wyłączonym światłem – przynajmniej póki nie mijał mnie sporadycznie jakiś samochód.

Spotkaliśmy się na samym środku. On, Ona i ja.

– Daleko jeszcze do parkingu – zapytali. Wyglądali na zmęczonych.

– Rzut beretem – odpowiedziałem uśmiechem. – Dużo wam nie zostało.

– A jakieś auto tam stoi?

– Tak. Nawet ma wszystkie koła – zażartowałem.

– Gdzie idziesz?

– Na parking na Kubalonce, żeby znaleźć jakiś kawałek miejsca pod namiot i przespać się do rana.

– Powodzenia.

– Wzajemnie.

Nie uszli kilka kroków, kiedy usłyszałem.

– Może Cię gdzieś podrzucić?

– Byłoby świetnie – odparłem z ulgą w głosie. Przypomniało mi się jak w najciemniejszym lesie zamiast poddawać się natarczywym obrazom, które podsyłała mi wyobraźnia, zacząłem myśleć, że siedzę przed namiotem – jest przyjemnie, a na maszynce grzeje się kawa.

Rano było dokładnie tak, jak sobie wyoibraziłem. Sucho, spokojnie, przyjemnie. I bez obietnic w mojej głowie, że już w góry nie pojadę, które majaczą w niej, kiedy miewam kryzys, ale przechodzą jak tylko odpocznę.

Bałagan o poranku. Kawa się grzeje, namiot już częściowo rozebrałem, żeby przesuszyć tropik. Reszcztę staram się ogarnąć i zmieścić do plecaka. To była spokojna noc, mimo że na polu namiotowym, gdzie spałem, imprezy nie miały końca. Nie przeszkadzało mi, zasnąłem od ręki.
Bałagan o poranku. Kawa się grzeje, namiot już częściowo rozebrałem, żeby osuszyć tropik. Resztę ogarniam i pakuję do plecaka. To była spokojna noc, mimo że na polu namiotowym gdzie spałem, imprezy nie miały końca. Nie przeszkadzało mi, zasnąłem od ręki.

 


Czas przejścia – orientacyjnie wg. mapy:
Klimczok -> Skrzyczne, zielonym szlakiem (3h45m), Skrzyczne -> Barania Góra, zielonym szlakiem (3h20m), Barania Góra -> Przełęcz Kubalonka, czerwonym szlakiem (3h00m) – razem: (10h05m).
Do Schroniska na Skrzycznem można dostać się również kolejką linową.
Barania Góra jest drugim w wielkości po Skrzyczne szczytem w tym paśmie górskim. Na jej szczycie (1220m. n.p.m.) jest wieża widokowa, z której można podziwiać panoramę we wszystkich kierunkach.
Najwyższy szczyt: Skrzyczne – 1257 m. n.p.m.