Wspinanie po małej ścianie. Krzakoska Skała.

with 5 komentarzy

W takie dni jak ten, czuję, że żyję. Jestem zmęczony, wypompowany i trochę obolały po locie ze skały, ale gdzieś w środku pełen energii i pozytywnych wrażeń. Dziesięć lat spędziłem w branży związanej ze wspinaczką i ani razu nie poszedłem spróbować jak to jest. Dopiero teraz, po długim czasie, po bardzo długim czasie.

Na zdjeciach Krzysiek, który wkręcił mnie we wspinanie.
Na zdjeciach Krzysiek, który wkręcił mnie we wspinanie.

Zawsze musi być ten pierwszy raz

Śliska skała ucieka spod ręki. Wspieram się na nogach, ale czuję, że opadam z sił. Nie wytrzymam, choć brakuje mi jeszcze mniej niż pół metra, żeby wpiąć się do następnego punktu. Walczę, choć mniej. Czuję jak wilgotne ręce zjeżdżają i jeszcze muszę puścić się jedną, żeby wpiąć linę w ekspres… zaraz, cholera ekspres muszę dopiero założyć. Widzę, jak kropla potu spływa po krawędzi kasku i czuję, jak słono wpada do oka. Oddycham krótko, jestem spięty. Zaciskam na chwilę zęby.

Przyciśnij dupę do ściany i pracuj na nogach – słyszę z dołu. Przyciskam biodra do ściany, ale jest za późno. Nogi ujeżdżają, ręka ześlizguje się. Ta druga już dawno nie trzymała niczego. Za kilka mikrosekund polecę.

LECĘ! – krzyknąłem tylko krótko ostatkiem powietrza, które zostało w płucach.

Nie wiem jak to jest, ale ten moment lubię najbardziej. Kiedy spadam. Kiedy skakaliśmy na linach z mostu. Kiedy zjeżdżaliśmy najszybciej jak się da z komina. Kiedy po prostu mkniesz w przepaść.
Jeżeli istnieje życie przed życiem i życie po śmierci, to wcześniej musiałem być kimś, kto z takim lataniem miał wiele wspólnego i łączył z tym mnóstwo przepięknych wspomnień. Choć… i może jest prostsza odpowiedź. Może kiedy byłem małym dzieckiem, rodzice nosili mnie na rękach i bawiliśmy się w „samolot”, gdzie ja – mały bobas – z uśmiechem leciałem do góry i w dół. Kto wie…

Zderzenie ze skałą było… neutralne. Przez adrenalinę nie poczułem nic. Kiedy rzeczywistość wróciła do normalnego tempa z tych kilku chwil zwolnienia jakie widzisz na filmach – zobaczyłem wielki siniak na piszczelu, porysowane nogi. Wielkie oczy Krzyśka, który mnie asekurował, i – gdybym spojrzał w lustro – pewnie wielki uśmiech na mojej twarzy. Jestem świrem.

Było bosko, ale…

Nie dam rady. Zjeżdżam.

Krzysiek powoli zaczął mnie opuszczać.

Drugi raz w skałach w moim życiu. Droga prosta, z mapy wyceniona na IV. Nijak ma się do tego, co robiłem wcześniej. Wszystko jest kompletnie nowe. Mimo to, a może właśnie dlatego, zabawa była nieziemska. Zwłaszcza, kiedy pierwszy raz prowadziłem drogę. Nie rozumiem tylko dlaczego wtedy poszło mi tak łatwo, a teraz odpadłem. Dotrze do mnie przy kolejnym razie.

Wspinanie na trzy sposoby

Wspinać się w skałach można na kilka sposobów. Jeżeli nie interesuje Cię teoria, możesz przeskoczyć dalej.

„Na wędkę” jest najprościej – lina przechodzi przez punkt na samym szczycie skały, jeden koniec przywiązany jest do osoby, która się wspina, drugi ma ta, która asekuruje. Lina praktycznie cały czas jest napięta, więc jeżeli odpadasz od ściany, lecisz bardzo krótko. Trochę to wygląda, jak wciąganie wiadra na sznurku, tylko tutaj wiadro samo musi wejść a osoba na dole jedynie pilnuje, żeby sznurek był zawsze napięty.

Wspinanie "z dołem" lub "prowadzenie drogi" różnie nazywane. Linę prowadzimy ze sobą i wpinamy do kolejnych punktów.
Wspinanie „z dołem” lub „prowadzenie drogi” różnie nazywane. Linę prowadzimy ze sobą i wpinamy do kolejnych punktów.

Prowadzenie drogi wygląda dużo fajniej. Daje więcej adrenaliny i emocji. Nadal ktoś nas asekuruje, ale tym razem ciągniemy linę za sobą i wpinamy ją co kilka metrów, do wcześniej przygotowanych punktów, albo co trudniejsze… sami musimy znaleźć w gołej skale odpowiednie miejsce i przygotować punkt, do którego wepniemy linę. Dlaczego jest więcej emocji? Bo kiedy już zapniemy się do takiego punktu i ruszymy dalej, każdy krok sprawia, że nasz lot będzie dłuższy, gdy odpadniemy od ściany – dopóki nie wepniemy się w nowym, kolejnym miejscu. Mega frajda. Na zdjęciu powyżej Krzysiek wspina się w ten sposób (na czas robienia zdjęcia przypiął się dodatkowo do skały za pomocą pętli asekuracyjnej, jako że na moment musiałem sięgnąć po aparat).

I jest jeszcze trzeci sposób – „na żywca”. To wspinaczka całkowicie bez asekuracji. Zdziwieni? Zdarza się. Są na świecie spece od wspinania, którzy to robią. Kilka lat temu Manfred Stuffer w niespełna 2,5 godziny pokonał tak łącznie 1000m ściany. Niektórzy uważają, że to proszenie się o śmierć.

Jakkolwiek się wspinamy, warto pamiętać, że wspinaczka jest sportem ekstremalnym i bez właściwego szkolenia/kursu możemy sobie lub komuś zrobić krzywdę. Na początek wystarczy podstawowy kurs wspinania skałkowego, na którym nauczymy się wiązania węzłów, podstaw asekuracji, poznamy sprzęt z którym będziemy mieli styczność w tym sporcie. Tyle z teorii w super uproszczonym skrócie. Wracamy na ścianę.

Euforia na szczycie

Udało się. Tym razem zupełnie bez problemu. Przeskoczyłem jak kozica ten moment, w którym przy poprzedniej próbie odpadłem od ściany.

Zaraz, zaraz… czy ten?

Nie… tutaj był cały trik. Mniej więcej na wysokości dwóch trzecich wejścia za pierwszym razem poszedłem pół metra w lewo, za drugim razem w prawo. To pozwoliło w najtrudniejszej dla mnie chwili wspierać się głównie na nogach, delikatnie tylko przytrzymując się rękoma. Taka sztuczka. Nie mogłem uwierzyć, że przegapiłem to za pierwszym razem.

Śmiałem się. Pot kapał z czoła. Byłem na szczycie. Czułem się bosko. Łapałem oddech. Słońce świeciło mocno, ale ledwo dosięgało nas wśród drzew. Z tego miejsca mieliśmy piękny widok na Beskidy i Wisłę w dolinie. Nie chciało się jak zwykle wracać do domu. I nie musiałem.

Zjazd na dół. Przećwiczyliśmy układ, w którym podwójna lina przepuszczona jest przez punkt na szczycie po to, by dało się ją ściągnąć na dół, kiedy już oboje zjedziemy.
Zjazd. Przećwiczyliśmy układ, w którym podwójna lina przepuszczona jest przez punkt na szczycie, po to by dało się ją ściągnąć na dół, kiedy już oboje zjedziemy.

Zeszliśmy na dół coś zjeść, kiedy burczenie w brzuchu zaczęło być wystarczająco uporczywe, by można je było powoli porównywać z typową letnią burzą. Z plecaka wyjąłem liofilizowany ryż z kurczakiem, który można przygotować w niespełna dziesięć minut. Usiadłem pod skałą, w cieniu, zacząłem gotować wodę.

Przypomniało mi się, jak mała dziewczynka na kursie wspinaczkowym – tydzień temu – pytała czy mamy zgodę na wspinanie, bo to prywatna skała. Nie mogliśmy uwierzyć, kiedy dzisiaj faktycznie ktoś inny nam powiedział to samo. Skała w środku gór… prywatna.
Ponoć ktoś ją wykupił jakiś czas temu, planował wykorzystać komercyjnie do wspinaczki.
Z opowiadań słyszeliśmy, że właścicielka wyjechała do Trójmiasta. Trudno znaleźć kontakt do niej, tym bardziej, że w okolicy nie ma żadnej tabliczki z informacją, która mogła by w tym pomóc.

Woda zagotowała się, zalałem skromną porcję i odczekałem jeszcze parę minut, żeby jedzenie „doszło do siebie”. Dopadła nas mieszanka zmęczenia, satysfakcji, spełnienia. W takie dni czuję, że żyję. Uśmiecham się bez granic.

Pora posprzątać po sobie.
Pora posprzątać po sobie.

Krzakowska skała znajduje się w okolicy Wisły, na wysokości 652m n.p.m. Dotrzeć do niej można niebieskim szlakiem ze stacji Wisła Dziechcinka (około 40min.) lub ze schroniska na Stożku Wielkim (żółty, potem niebieski szlak – około 50 min.).
Skała szeroka na około 50-60 metrów, wysoka do około 12-14 metrów. Kilka dróg obitych ringami.
Krzakoska Skała na mapie Traseo
  • Renata Sztégierska

    Hej,hej wspinaczu nie mogę uwierzyć,ale z tego co widzę to prawda 😉 no to kiedy następny wspin????

    • http://lubimygory.pl Marcin Wojtaszczyk

      Nie wiem jeszcze. Przede wszystkim buty muszę kupić, bo bez tego jest słabiuko. Krzysiek mnie ciągnie na Mnicha przez Płytę, więc trenujemy sobie to, co tam się może przydać. Mam tyle pomysłów w głowie i miejsc, gdzie chcę pojechać (ogólnie w górach), że mógłbym do domu nie wracać. Tylko środków i towarzystwa czasem brak :( Pracuję nad tym :)

  • ivon

    Hej.to teraz juz poplynales Marcinie! Pasja z adrenalina nie pizwoli ci juz normalnie zyc….
    I dobrze bo wlasnie o to chodzi w zyciu….zeby uzyc czasem czyjac bezuzyteczna scianke!

    • http://lubimygory.pl Marcin Wojtaszczyk

      Już mi nie pozwala. To jest jak nałóg. Jak się w życiu spróbowało o jeden raz za dużo, trudno potem przestać :)
      Nie wiem, czy polecać… bo niektórzy uznają to za zbawienie, inni za przekleństwo 😀

      • ivon

        Hmmm….wole byc zbawiana!!!