Klimczok o wschodzie słońca i nocne pogaduchy o górach.

with 6 komentarzy

Miałem jechać w sobotę, ale coś mnie tknęło, żeby zaryzykować piątek wieczorem. Miałem tylko wejść w góry, ale na Koziej Górze intuicja pchnęła mnie szukać miejsca na nocleg dalej. Warto było posłuchać. Jeszcze przed Szyndzielnią zapadł całkowity zmrok, ale niespotykana często Błękitna Pełnia Księżyca uczyniła las tak magicznym miejscem, że z wrażenia usiadłem na stoku i wpatrywałem się w srebrną tarczę dobre pół godziny, póki nie nadeszło przenikliwe zimno. Podrzuciłem plecak i – nie wiem kiedy – doszedłem do Szyndzielni. Tysiące malutkich pomarańczowych światełek skrzyło się i migotało w dolinie. Po raz kolejny stałem z zapartym tchem. Nie tylko ja – ktoś na balkonie schroniska robił zdjęcie za zdjęciem nie mogąc prawdopodobnie nacieszyć się widokiem, chciał uchwycić tę chwilę.

Poranek na Klimczoku. Kawa w takich okolicznościach? Kto chętny?
Poranek na Klimczoku. Kawa w takich okolicznościach? Kto chętny?

Tuż pod schroniskiem było idealne miejsce na namiot, ale potrzebowałem iść dalej. Nie wiem, czy intuicja mnie pchała, czy głupio mi było zapytać o rozbicie się pod drzwiami, skoro mogły być wolne pokoje. Dzisiaj chciałem spać w namiocie, nie miałem ochoty o tym dyskutować.
Tylko raz – po drodze – ze spokoju nocy wyrwał mnie trzask łamanych gałęzi w lesie. Na pewno zwierzę, człowiek poza szlakiem, o tej porze – raczej niemożliwe. Oblał mnie przez chwilę zimny dreszcz, ale odgłosy oddalały się. Złapałem oddech, opanowałem się. Oglądałem za siebie kilka razy, ale prawdopodobnie nie było się czego bać. Paweł też tak stwierdził.

Po zmroku na Klimczoku

Wielka antena na Klimczoku rozbłyskiwała skromnym światełkiem, o wiele mniejszym niż te widoczne na Skrzycznem. Nieco niżej – na stoku po przeciwnej stronie – tliły się światła w oknach schroniska. Na gołej, oświetlonej księżycem polanie – tuż przede mną – mrok narysował sylwetkę człowieka. Nie jestem sam, pomyślałem z uśmiechem.

– Cześć – powiedziałem, kiedy stanąłem obok. Odpowiedziała mi cisza.
Nie zdążyłem przemyśleć sytuacji, ani zdziwić się brakiem reakcji. Powtórzyłem.
– Cześć!
– Cześć! – odpowiedział wyjmując słuchawki z uszu. Tajemnica rozpłynęła się w powietrzu.
– Nocujesz?
– Tak. Przybiegłem tutaj. Kimnę się parę godzin, potem – po wschodzie – pobiegnę dalej.
– Biegniesz?
– Tak, lubię bieganie.
– Górskie maratony?
– Też. Generalnie lubię biegać, mieszkam tutaj niedaleko w Jasienicy.

Wyciągnąłe rękę w moim kierunku.

– Paweł.
– Marcin.

W moich myślach rysował się podziw. Lubię łażenie po górach, ale bieganie to dla mnie extreme. Bez plecaka oczywiście, tylko mały z wodą. Widywałem takie osoby na szlaku. Kiedy schodziliśmy z bratem z Wielkiego Stożka, pod górę biegł facet mniej więcej w naszym wieku. Biegł. Nie przejęzyczyłem się. Biegł przez góry.

– Gdzieś bym się chętnie rozbił, tylko nie wiem czy wolno. W sumie tu nie ma oficjalnego zakazu jak w Cygańskim Lesie, przynajmniej nie widziałem.
– O! Pod namiotem? – spytał Paweł.
– Tak, zmarzluch jestem.
– Czy ja jestem, dzisiaj się okaże. Wyciągnąłem z szafy stary śpiwór. Kiedyś producent chwalił się, że wytrzymuje do -22C. Alpinus, kojarzysz taką staroć?
– Jasne – odpowiedziałem z uśmiechem. – Kiedyś, kiedy w Polsce nie było nic dobrego, starzy górscy wyjadacze przywozili pomysły z zagranicy i otwierali firmy w Polsce. Tak powstał Alpinus, później HiMountain, tak powstało Lhotse, w którym Janusz Nabrdalik zaczął produkować uprzęże do wspinaczki.

Tak nam zeszło prawie pół nocy na rozmowach o sprzęcie, łażeniu po górach, bieganiu i nie tylko.

Z cyklu… idziemy spać, ale najpierw historia o niedźwiedziu…

– Też kiedyś spotkałem zwierzynę. Dziki – zaczął Paweł, kiedy wspomniałem o trzaskach w lesie. – Pierwsze, to przypomniałem sobie piosenkę z dzieciństwa: „Kto zobaczy w lesie dzika, ten na drzewo szybko zmyka…”, więc jak się łatwo domyśleć, wlazłem na pierwsze z brzegu i sięgnąłem po telefon, żeby zadzwonić do znajomego, co mam robić. On się trochę zna na tym i powiedział mi, że w większości przypadków zwierzyna boi się i unika spotkania bardziej niż człowiek.

– Też mi się obiło… – dorzuciłem.

– Faktycznie dziki rozeszły się szybko spod drzewa. Innym razedm poszedłem za potrzebą w las i kiedy wracałem zobaczyłem niedźwiedzia przy plecaku. Zamarłem. Nie wiedziałem co zrobić. Niedźwiedź obejrzał plecak, pchnął go łapą, powąchał i poszedł.

– Z dwojga złego, lepiej żeby zadowolił się plecakiem – powiedziałem śmiejąc się, choć przekalkulowałem w głowie straty. Dziwnym trafem jak człowiek sobie skompletuje wszystko na wypady w góry, to średnio chce się potem z tym rozstać, zwłaszcza w taki bezsensowny sposób jak rozszarpanie plecaka przez misia, czy – jak ostatnio ktoś w Tartach – nieopatrzne zrzucenie plecaka ze skał w kierunku bliżej nieokreślonym.

Miło rano wyjść z norki na taki wschód Słońca.
Miło rano wyjść z norki na taki wschód Słońca.

– Spokojnej nocy.
– Dobranoc.

Pozasuwałem zamki. Wierciłem się, odwykłem od spania w „trumnie” jak czasem nazywa się namioty tej konstrukcji. Osobiście wolę określenie „norka”. Może nora, to nie jest przyjemne miejsce, ale lepsze niż to pierwsze. A nazwa wzięła się z faktu, że sam namiot ma zwykle około 60-80 cm wysokości, jest długim tunelem, w którym można się spokojnie wyciągnąć, ale usiąść nie da rady zwykle nawet osoba niskiego wzrostu. Wbrew pozorom w środku jest całkiem sporo miejsca, można się wygodnie położyć, skulić jak ktoś lubi. Oprócz tego mieści się spory plecak (najczęściej w okolicach nóg), no i buty, jeżeli nie chcemy ich zostawiać na zewnątrz. Czy warto…? Zależy, jak kto jest wrażliwy na zapachy i czy w nocy będzie padało. A noc była – oprócz mojego wiercenia – spokojna. Wiatr szumiał, podwiewał lekko do namiotu. Było ciepło, zwłaszcza w środku, choć powietrze było chłodne na zewnątrz. Zasnąłem.

O wschodzie słońca

I tak się rozpisałem o tym, co w nocy, a o wschodzie nic. Wstałem, nim się wszystko zaczęło. Poszedłem w stronę lasu, by zacząć dzień od miękkiej toalety. Kiedy wracałem rzucił mi się w oczy – w oddali – zwinięty zielony rulon, który powoli zaczął się podnosić. Trochę wyglądał jak posadzony worek ziemniaków z małym wizjerem przypominającym wrzutkę na listy w skrzynce pocztowej. Ów „wrzutnik” mieścił się mniej więcej u szczytu tej osobliwej figury. Paweł właśnie się obudził i usiadł. Przez niewielką szparę w śpiworze patrzył na świat. Gdyby śpiwór był czerwony, faktycznie wyglądałby jak połączenie worka na ziemniaki ze skrzynką na listy. Zabawnie to wyglądało.
Jak peryskop łodzi podwodnej obserwował świat obracając się raz w jedną, raz w drugą stronę.

– Wstałem wcześniej, ale było jeszcze całkiem ciemno – powiedział.
– Zmarzłeś?
– No, śpiwór już nie działa jak kiedyś. Nogi mi zmarzły. Wsadziłem je w kurtkę dodatkowo.
– Nie chce mi się już spać. Ładnie Tatry widać. Babią i Pilsko. Faktycznie, gdybyśmy weszli na Magurę cała dolina byłaby przed nami.
– Tyle, że w nocy nie było widać czy tam jest fajna polana.
– A mnie się nie chciało już dreptać.

W ten sposób rozwialiśmy wątpliwości całej natury świata, która nas otaczała.

Za górami Bielsko śpi, a za Bielskiem reszta Polski.
Za górami Bielsko śpi, a za Bielskiem reszta Polski.

Wyszło. Piękne, majestatyczne, w różowo-foletowej poświacie. Pojawiło się nad odległymi wierzchołkami. W takim momencie zawsze szarpie mną chęć cieszenia się chwilą i robienia zdjęć. Zdjęć, które zwykle w połowie nawet nie potrafią oddać tego, co czuje i widzi się naprawdę. Kiedy wzeszło wyżej, pojawili się pierwsi ludzie. Kilku biegaczy, potem chłopak z dziewczyną przyszli porobić zdjęcia.

Było warto. Warto było wyjechać w piątek, pominąć Kozią, Szyndzielnię i złapać nocleg na Klimczoku. W górach zawsze spotka się kogoś fajnego do pogadania. Nawet jak nie ma z kim jechać, można samemu. W ciemno będą fajni ludzie. Można też się natknąć na wschód słońca, którego nigdy uroku by się człowiek nie spodziewał.

Z lewej Babia Góra, z prawej Pilsko a w środku Tatry przed wschodem słońca.
Z lewej Babia Góra, z prawej Pilsko a w środku Tatry przed wschodem słońca.

 

 


Czas przejścia – (orientacyjnie wg. mapy):
– wejście żółtym szlakiem: Bielsko-Biała/Olszówka Dolna -> Szyndzielnia -> Klimczok – (3h10m)
Najwyższy szczyt: Klimczok – 1117 m n.p.m.
Najbliższe schroniska: Klimczok oraz Szyndzielnia

 

  • Andrew

    I ile ogólnie kilometrów pękło w tych pięknych okolicznościach przyrody?

    • http://lubimygory.pl Marcin Wojtaszczyk

      W kilometrach trudno powiedzieć. Z mapy w pierwszy dzień około 3h:30min.
      W drugi sprawy się skomplikowały, bo na szlaku od Skrzycznego aż za Baranią Górę nijak nie mogłem trafić na fajne miejsce pod namiot, szczególnie że wszędzie kamienie albo nierówno i wysoka trawa, więc idąc, szukając, czekając, wbiłem się na 22:00 na stopa w okolicy Przełęczy Kubalonka, gdzie szczęśliwie spotkałem miłych Jego i Ją (przepraszam, byłem tak padnięty, że zapomniałem imiona), ktorzy zabrali mnie na pole w Ustroniu za co baaaardzo ciepło jeszcze raz dziękuję po 9h:30m czystego marszu nie licząc przerw. Dawno tak radośnie nie witałem pola namiotowego :) Zwłaszcza, że na sam koniec noc była mało przyjemna w lesie ciemnym jak dxpa i po pachy zarośniętym paprociami przy szlaku :)

      • Andrew

        Zarośnięte po pachy paprociami ,takie są najlepsze :)

        pzdr.

  • ivon

    Czasem mysle czy lepszy wschod czy zachod slonka…
    W swoim podrozowaniu por swiecie zawsze mialam szczescie przybyc do celu przez zachodem slonca…te magiczne znane miejsca w swietle zachodzacego slonca sa jakby malowane…nawet Wielki kanion colorado w promieniach zachodzacego slonka zyskuje jeszcze ma uroku…choc odbiera mi ono wielu kolorow…piekne te twoje wschody!

    • http://lubimygory.pl Marcin Wojtaszczyk

      Oba są chyba tak samo piękne, ale na wschód częściej trzeba się zmobilizować do wstania, a zachód jakoś tak sam zwykle przychodzi :) Dziękuję. Miło Cię widzieć tutaj :)

      • ivon

        Tak.masz racje.na wschod trzeba zapracowac.zachod dostajemy w prezencie! I wszystko gratis od naszej cudnej ziemii…
        Dziekuje! Na chwilke utknelam w troskach codziennych emigracyjnego losu:) i zatopilam sie w blogach o Australii…tesknota ogromna!!! Ale do Ciebie zagladam systematycznie choc nie zawsze cos tam naskrobie… Widze jak zmieniasz swoje zycie…kiedys rozterki.przemyslenia…teraz zyjesz pelnia zycia..szukasz…wyrywasz dla siebie!!! I wydajesz sie byc szczesliwszy..