Góry – wracamy – Beskidy na początek.

with Brak komentarzy

 

panorama-new
Pociąg o tej godzinie jest pusty. To dzień wolny od pracy. Kilka osób rozrzuconych w bezprzedziałowym wagonie, każdy zajęty sobą. Promienie słońca wpadają do środka i ktoś szarpie się z oknem.

– Zamarzło chyba… – rzuca po chwili. Wybuchamy śmiechem, bo jest czerwiec. Sarkazm sugeruje, że podróżny korzysta z PKP również w innych porach roku.

Pociąg jechał powoli i z każdą chwilą szczyty gór wyraźnie rosły, wypełniały przestrzeń w oknie. Wiadukt, który mijaliśmy – sprzed blisko 85 lat – ledwo widoczny był przez szybę. Musiałem się do niej przykleić, żeby zobaczyć choć trochę. Szkoda, bo jest piękny, mimo, że w opłakanym stanie. Dworzec, który pojawił się w ostatniej chwili – wyłaniając się z tunelu drzew – też ma swoje lata. Tylko jeden tor zdradzał oznaki używania a pozostałe były mocno zardzewiałe. Tak samo jak tablica na ogrodzeniu, kilka kroków dalej. Stara, odrapana, z napisem: „Ośrodek wypoczynkowy REMONT – obcym wstęp wzbroniony”. Podobała mi się ta nazwa. Zapowiadał się fajny dzień, pełen spokoju, przemyśleń i niesamowitej energii gór.

 

Niebieska koszulka

Dziewczyna w niebieskiej koszulce minęła nas szybko. Krok za krokiem pędziła przed siebie. Krótkie włosy, tatuaż na łydce. Obie wskazywały na to, że lubi chodzić po górach, może też jeździć na rowerze. Słuchawki, które miała sprawiały wrażenie, że woli raczej muzykę, niż melodię przyrody, która ją otaczała. W punkcie widokowym zatrzymała się, żeby poprawić plecak, napić się wody. Jakby wszystko, co ją otaczało nie miało znaczenia. Patrzyła pod nogi lub odpływała myślami, stawała się zupełnie nieobecna. Zniknęła na szlaku, kiedy do skały podeszło dwóch innych turystów. Ci robili więcej hałasu.
To niesamowite, w jak różnym celu ludzie tutaj przyjeżdżają.
Pobyć w ciszy, spotkać ludzi albo odciąć się od wszystkiego, pogadać trochę, poczuć przyrodę, pooglądać widoki, zachować to wszystko dla siebie bądź zrobić fotę na Fejsa.

 

Poczucie winy

Dzień był piękny. Słońce świeciło, ale z przerwami. Czasem chowało się za chmurą, ginęło, kiedy las stawał się gęstszy. Nie doskwierało. Otaczał nas szum wiatru i drzew, i śpiew ptaków, ale taki, którego w mieście nie uświadczysz. I widok, który uspokajał od pierwszego momentu, gdy pojawił się przed nami. Szeroka dolina, okraszona szczytami gór. Tylko trochę za dużo gadania nas otaczało, żeby się nią nacieszyć.

– Nareszcie czuję, że mogę odpocząć – zaczał.
– Myhy… – mruknąłem.
– Ostatnie dziesięć lat było straszne, ciągłe poczucie winy, wyrzuty, ciągłe wypominanie kiedy zrobiłem cokolwiek, co sprawiało mi przyjemność.
– … – kiwnąłem głową, żeby okazać zrozumienie. Odpaliłem gaz w maszynce i wstawiłem wodę na kawę.
– Nawet teraz, kiedy to się skończyło, czuję się jakoś taki napięty, jakby winny, że odpoczywam, dobrze się bawię – opowiadał o dziesięciu latach swojego małżeństwa. – Taki spięty, że zaraz ktoś mi zacznie stękać, że pojechałem w ogóle – dodał.
– Wiem. Od dwóch godzin gadasz tak, że ciężko znaleźć moment na to, żeby posłuchać wiatru.

Zamilkł.

– Mam wrażenie, że nieświadomie to robisz. Żeby zagłuszyć to wszystko, co nas otacza, i ten lęk, i poczucie winy, które masz w sobie. Żeby po powrocie do domu nie mieć pretekstu do radości, że nacieszyłeś się przyrodą i odpocząłeś. Żebyś przypadkiem nie miał wyrzutów sumienia, że nareszcie poczułeś się swobodnie. Boisz się, że w domu znów usłyszysz wyrzuty i stękanie. Mimo, że to się nie wydarzy, bo nie mieszkacie razem.

Nic nie powiedział. Położył się, uśmiechał. Jakby do niego powoli docierało.

Za kilka dni dotrze do mnie. Fakt, że też tak czasem żyję. Z poczuciem winy, że coś mi się udaje, albo że robię coś, co lubię. Próbuję je wtedy zagłuszyć słuchaniem muzyki, albo robieniem kilku rzeczy na raz, ale teraz to było nie ważne.

Woda zaczynała bulgotać, kiedy otwierałem cappuccino w saszetce. Na co dzień wolę prawdziwą kawę ze spienionym mlekiem, z ekspresu, ale nie miałem ochoty tarabanić dodatkowych gratów. Kiedy zalewałem słodki proszek o smaku orzechowym, zastanawiałem się nad tą bramką, która stała na stromej polanie. I nad tym, kto mógłby tu grać w piłkę. Może dzieciaki, kiedy przychodziły z rodzicami wypasać owce za dawnych czasów. Odetchnąłem.

– Ludzki umysł potrafi płatać różne figle, żeby ukryć prawdę – powiedział wyrywając mnie z zamyślenia.

Milczałem.

– Czasem wydaje się, że jest jak cebula. Odnajduję ‚prawdę’ o sobie, potem okazuje się, że to było złudne, bo pod spodem kryła się ‚inna prawda’. Czasem też ona okazuje się iluzją, pod którą kryło się jeszcze coś innego. Jak w „Incepcji”. Niekończąca się spirala zagadek.

 

Kwestia wyboru

Siedziała na pniu, w cieniu, kiedy mijaliśmy ją kolejny raz. Dziewczyna w niebieskiej koszulce. Nadal miała słuchawki. Poprawiała buta chyba, nie pamiętam. Może zatrzymała się odpocząć. Nagle poczułem, że miała ochotę nawiązać kontakt. Porozmawiać. Może zatrzymała się, właśnie po to. Wydawała się sympatyczna, ale schowana za ścianą muzyki, która płynęła do jej uszu, za kurtyną odizolowania się od świata, którą roztaczała wokół siebie. Zniechęcała. Nie oceniam. Mówię, co myślę. Może taka była, może to tylko moje projekcje i lęki, które sam w sobie noszę. Iluzje, którymi czasem mami umysł, żeby ukryć przed nami inną prawdę. Kolejna warstwa cebuli w mojej głowie. Gdybym sam nie był taki zamknięty w sobie, może by się fajnie rozmawiało. Wystarczyło podejść i spróbować. Dziewczyna w niebieskiej koszulce minęła nas znowu. Pędziła przez góry. Kilka kroków przed nami przykucnęła, żeby dowiązać buta, ale zrobiła to szybko i niedbale, zdążyła się zerwać i ruszyć dalej, zanim dotarliśmy. Spotkaliśmy ją jeszcze raz. Znów nas mijała. Nie wiem, kiedy wcześniej się rozminęliśmy, może szła innym szlakiem. Teraz, kiedy my leżeliśmy na polanie z widokiem, który odbierał wszystkie słowa. Ona zatrzymała się tylko na sekundę. Zerknęła i ruszyła dalej.

 

Góry – nie trzeba się ścigać, żeby wygrywać

– Dzięki! – Powiedziała z uśmiechem, kiedy podkurczyliśmy nogi wyciągnięte na ścieżce. Mijała nas na rowerze. Ostro pedałowała pod górę. W kasku i kolorowych sportowych ciuchach. My piliśmy kawę. Drugą tego dnia. Na długo wcześniej nim spotkamy nieznajomą w niebieskiej koszulce, wcześniej nim zgubimy szlak. I przed tym jak trafimy w bardziej zaludnione rejony.

– Fajnie tak pić kawę i leżeć na trawie. – Powiedziała, kiedy chwilę później zawróciła. Zatrzymała się obok nas. Było mi głupio, że nie zaproponowałem. Czułem się jak głąb. Mógłbym powiedzieć, że wszystkie normy dobrego wychowania wymagały, by zaprosić na ciepły kubek, ale nawet gdyby nie one, to i tak powinienem, bo rewelacyjnie się rozmawiało. Ostatnie dwa lata za biurkiem, w czterech ścianach, wypłukały ze mnie wiele dobrych zwyczajów.

Przyjechali z Pomorza. Ona i trójka znajomych. Dwie pary w sumie. Nie brali udziału w maratonie, który odbywał się w okolicy, i który mijaliśmy godzinę wcześniej. Podczas gdy koło dwustu osób walczyło na szlaku o zwycięstwo, oni woleli przemieszczać się spokojniej między najciekawszymi punktami i patrzeć.  Ona, pierwsza która nas spotkała, miała w sobie nutkę rywalizacji. Czuć było, kiedy mówiła. Poruszała się. Kompas zawieszony na szyi mógł sugerować, że lubi przygodę. Przypominała mi kogoś. Oni podchodzili do tematu trochę inaczej, bardziej beztrosko. Po prostu wycieczka, zwykła, żeby odpocząć. Tak sobie dumałem w przerwach między wymianą zdań. Jedni jadą w maratonie, inni oglądają z boku, jak my tutaj, a jeszcze inni zobaczą na youtube, bo ktoś kręcił w między czasie.

Kiedy rozmawialiśmy złapałem się na czymś totalnie głupim. Pomyślałem, że gdybym miał bliżej w góry, też bym sobie chętnie sprawił ‚górala’, żeby pojeździć w ten sposób. Lubię kolarstwo szosowe, ale na drogach pełno jest samochodów i hałas niemiłosierny czasem. Tutaj w górach jest o wiele przyjemniej, ciszej.

– A co w tym głupiego? – spytał chłopak na rowerze, kiedy podzieliłem się swoją myślą na głos.

– Moja wymówka. Siedzę przed ludźmi, którzy przejechali 600km, żeby pojeździć w górach, a ja mam tylko 100 i pierwsze, co mi przyszło do głowy, to że gdybym miał bliżej, jeździłbym częściej. Na domiar tego wszystkiego, jak na ironię, kiedy mieszkałem w Bielsku Białej, byłem na rowerze tutaj tylko dwa razy w przeciągu pół roku.

– Wygląda na to, że im bliżej, tym dalej, i człowiek nie potrafi czasem docenić tego, co ma pod nosem.

Uśmiechnąłem się. Głupio byłoby tłumaczyć siebie w takiej chwili. Myślę, że wiele skarbów mamy pod nosem. Chowają sie tam, kiedy patrzymy w inną stronę.

 

Dwie strony granicy.

Sporo nasłuchałem się od znajomych, którzy wyjechali do Anglii, czy Norwegii, o tym, że tam ludzie są zupełnie inni. Mój brat opowiadał, że Czesi się nigdzie nie śpieszą, są wyluzowani. Anglicy, że się niczym nie przejmują, potrafią wyjść do sklepu w klapkach i szlafroku, i nikt nie zwróci uwagi. Norwegowie ponoć nie przejmują się kompletnie niczym. Francuzi? Nie wiem, czytam ostatnio WszystkoWolność Joanny Haręża, gdzie opisuje życie w Paryżu jako jedną wielką porażkę, smród, brak uprzejmości, konflikty. Może świat i ludzie nie są ani dobrzy, ani źli, tylko dokładnie tacy, jakimi świadomie bądź nie, chcemy się otaczać.

Dwie Czeszki, które spotkaliśmy chwilę później – chyba siostry, takie były podobne – zupełnie się różniły od dziewczyny w niebieskiej koszulce. Wesołe, otwarte. Tak dobrze mówiły po polsku, że dopiero po chwili zauważyłem, że nie pochodzą z naszej strony.

– Cześć!
– Cześć! – Odpowiedziały zgodnie.
– Skąd idziecie?
– Z Małego Stożka. Fajnie, ale trzeba uważać, bo tam na rowerach się ścigają. Bardzo szybko jeżdżą – opowiadały. – Jak pójdziecie prosto dojdziecie na wyścig – mówiły dalej – w lewo jest spokojniej.

Wtedy mnie tknęło, że nie jestem zamknięty w sobie. Po prostu reaguję jak zwierciadło. Wchodzę w energie ludzi, zamiast utrzymywać swoją. Zbyt często zamykam się przy zamkniętych w sobie. Otwieram się przy otwartych. Gubię się przy nieznajomych, w których energię nie chcę wchodzić, bo wolę utrzymać swoją.

Nigdy nie spotkaliśmy więcej nieznajomej w niebieskiej koszulce. Co by się wydarzyło, gdybyśmy razem porozmawiali…?


Czas przejścia – (orientacyjnie wg. mapy):
Wisła Dziechcinka -> Stożek Wielki -> Soszów Wlk./Mł. -> Czantoria Wlk./Mł -> Ustroń (6h50m).
Najwyższy szczyt: Czantoria Wielka – 995 m n.p.m.
Na Czantorię można się wybrać również kolejką linową: Kolej Linowa Czantoria.
Na Stożku Wielkim (957 m n.p.m.) znajduje się najstarsze działające schronisko w Beskidzie Śląskim.